Felieton: Dobry stajenny to skarb

Autor: archiwum prywatne
Elwira Trzewiczyńska
Zoofizjoterapeutka

W środowisku końskim lubimy mówić o dobrostanie, treningu, suplementacji, fizjoterapii i najnowszych metodach pracy z koniem. Potrafimy godzinami debatować o dopasowaniu siodła i wpływie mikroelementów na kopyta. A jednocześnie w wielu stajniach nadal przechodzi zupełnie bez echa fakt, że stajenny przyszedł do pracy pijany, nie zauważył rany na pół pyska gdy wyprowadzał konia albo boi się wejść do boksu więc systematycznie ostrzegawczo sprzeda koniowi kopniaka. Nie przesadzam bo to przykłady z życia. A co gorsza bywa to traktowane jak folklor i codzienność: „A bo to tylko stajenny”. Jakby wpisane w zawód było to, że czasem zapomni, czasem nie dopilnuje, czasem śmierdzi wódką od rana. Wyobrażacie sobie Państwo takie podejście w jakiejkolwiek innej pracy odpowiedzialnej za żywe istoty? Bo ja nie za bardzo.

 

Prawda jest taka, że dobry stajenny to jedna z najbardziej niedocenianych osób w całym końskim świecie
 

 

To nie jest „tylko człowiek od sprzątania boksów”. To człowiek, który bardzo często widzi konia częściej niż właściciel i który zauważa, że koń nie zjadł śniadania. Zauważa też, że koń stoi dziwnie cicho lub leży cały dzień, co zazwyczaj mu się nie zdarza i że zamiast cieszyć się na jedzenie, grzebie w sianie i odchodzi… Po prostu zauważa że coś jest nie tak, zanim jeszcze pojawi się dramatyczny telefon do właściciela a skutki przeczekania lub niedopilnowania są już ogromne.

Stajenny nie musi być wybitnym trenerem ani końskim guru z Instagrama ale powinien znać podstawy. Wiedzieć, że jeśli koń kolejny raz nie zjadł paszy, to nie dosypujemy następnej porcji „bo może później mu się zachce”. Wiedzieć, że jeśli koń wali pyskiem w poidło i się denerwuje, to może warto sprawdzić, czy ono w ogóle działa, zamiast uznać, że „on tak ma”. Wiedzieć, kiedy koń zachowuje się normalnie, a kiedy jednak coś powinno zapalić lampkę ostrzegawczą.  To również ktoś, kto nie robi niepotrzebnego chaosu. Kto potrafi zachować spokój, kiedy koń się stresuje. Kto nie szarpie, nie krzyczy, nie odreagowuje swoich humorów na zwierzętach ważących pół tony. To ktoś, komu można zaufać, bo kiedy właściciela nie ma w stajni, koń nadal jest pod dobrą opieką. 

Kim jednak stajenny na pewno nie jest? Prywatnym asystentem wszystkich pensjonariuszy. I warto powiedzieć to głośno, bo w niektórych stajniach powoli zaczyna się tworzyć absurdalna rzeczywistość, w której stajenny zamiast zająć się swoimi obowiązkami przez pół dnia zarządza „małymi prośbami”. A tych, jak wiadomo, jest sporo. „A jednak zmień na tę granatową derkę, bo pada.” „I jeszcze załóż kaptur, ale tylko jeśli wieje z północy.”, ,,Zrób pudelka dla niego bo jak byłam to zapomniałam… tutaj rozpiska suplementów”.

 

 

Każda z tych rzeczy osobno brzmi niewinnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy dziesięciu pensjonariuszy ma tego dnia „tylko jedną małą prośbę”. A potem wszyscy się dziwią, że coś zostało przeoczone. Jeśli ktoś cały dzień działa w trybie „bo pani jeszcze prosiła”, ta uważność zwyczajnie się rozmywa. I tu ogromną rolę ma też właściciel stajni. To z nim stajenny ustala zakres obowiązków i to on jest osobą, przed którą odpowiada za swoją pracę. Nie każdy dodatkowy pomysł pensjonariusza powinien z automatu stawać się zadaniem „na już”. Granice naprawdę nie są oznaką złośliwości – są oznaką dobrze funkcjonującej stajni. Piszę ten felieton z perspektywy osoby, która miała własne konie, ale też obserwuje naprawdę dużo stajni. Tych świetnych i tych, gdzie człowiek po pięciu minutach łapie się za głowę i zastanawia, jakim cudem jeszcze nic się nie wydarzyło. 

Końskie środowisko ma czasem dziwną tendencję do normalizowania rzeczy, których normalizować absolutnie nie powinno. Agresywny stajenny? „Taki charakter”. Pijany? „Ale pracować umie”. Bojący się koni? „No ale tani”. Tylko potem wszyscy są zdziwieni, że konie są nerwowe, właściciele sfrustrowani, a w stajni ciągle coś się dzieje.

Niestety przez lata sami umniejszaliśmy temu zawodowi. Sprowadzaliśmy go do „wywożenia gnoju”, zamiast traktować jak odpowiedzialną rolę wymagającą uważności, doświadczenia i zwykłej przyzwoitości. Tymczasem prawda jest bardzo prosta: w dobrze funkcjonującej stajni dobry stajenny jest wart więcej niż najładniejsza infrastruktura i połowa modnych gadżetów razem wziętych. Bo konie naprawdę mają gdzieś designerską siodlarnię. Za to bardzo doceniają człowieka, który umie patrzeć. ,,Nie złote klamki czynią ze stajni pałac dla koni”.

 

× Powiększenie
Przewijanie do góry
Prosimy o wyłączenie wtyczki blokującej reklamy na naszej stronie internetowej. Dzięki reklamom jesteśmy w stanie utrzymywać ten portal i dostarczać wam najlepsze treści.