Joanna Pawlak to jedna z czołowych polskich amazonek we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego, olimpijka i mistrzyni Polski z 2024 r. a jednocześnie absolwentka górnictwa i geologii na Politechnice Wrocławskiej. Aby pogodzić treningi w Niemczech ze studiami, co weekend pokonywała 10-godzinną trasę autobusem do Wrocławia na zajęcia. Jej historia – o której opowiada w wywiadzie z Barbarą Krawczyk – to przykład niezwykłej determinacji i dowód na to, że analityczny umysł magistra inżyniera i sportowa pasja tworzą mieszankę pozwalającą przełamywać wszelkie ograniczenia.
Przygodę z jeździectwem rozpoczęłaś już w wieku sześciu lat a pasją zaraziła Cię mama, która sama marzyła o startach sportowych. Początkowo trenowałaś skoki i ujeżdżenie, odnosząc w nich sukcesy. Ostatecznie jednak wybrałaś WKKW. Co sprawiło, że to właśnie ten kierunek stał się Twoim sposobem na życie?
Jeżdżąc skoki i ujeżdżenie było mi łatwiej pogodzić te dwie dyscypliny jeżdżąc WKKW. Gdy pierwszy raz spróbowałam krosu od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Początkowo jednak startowałam sporadycznie w WKKW, później sezon zimowy przeznaczałam na skoki, a letni na WKKW. Aż w końcu przyszedł taki czas gdy głównie skupiłam się na WKKW.
Jesteś związana z końmi od ponad 30 lat. Co po tylu latach wciąż najbardziej fascynuje Cię w tym sporcie?
To prawda, jeżdżę konno już prawie 30 lat, a od 26 lat regularnie startuję. Myślę, że najbardziej fascynujące w tej dyscyplinie jest to, że każdy dzień jest inny. Jednego dnia trenuję ujeżdżenie, drugiego skoki, trzeciego idę pogalopować. WKKW wymaga, aby zadbać o ogólny rozwój konia i to nigdy nie jest nudne. Do tego dochodzi praca z końmi, które się bardzo od siebie różnią, każdy ma swój charakter, inne predyspozycję. Uwielbiam pracować z końmi od zera i prowadzić je przez wszystkie etapy, aż do najwyższych konkursów. To dla mnie największa nagroda i satysfakcja z uprawiania tego sportu.
Jako wielokrotna triumfatorka cyklu Eventing Tour, doskonale znasz specyfikę halowego WKKW. Jakie są kluczowe różnice między startami pod dachem a klasycznym krosem na otwartej przestrzeni?
WKKW w hali to zupełnie inne zadania niż na otwartych zawodach. Nie każdy koń nadaje się na tego typu imprezę, duże tempo, ciasne zakręty, przeszkoda za przeszkodą, jest to bardziej parkur niż kros. Do tego dochodzi bardzo gorąca atmosfera, głośna muzyka, doping kibiców. Udało mi się wystartować już na kilku koniach podczas halowych krosów, nigdy nie udało mi się w debiucie dostać do rundy zwycięzców, bo zawsze ten pierwszy start robił ogromne wrażenie na moich koniach i musiały poznać zasady, obyć się z atmosferą. Jednak zauważyłam, że każdy z moich koni po przejechaniu takich krosów w zimie, niesamowicie się otwierał w sezonie otwartym. Myślę, że to świetny trening, który poprawia szybkość reakcji na pomoce jeźdźca i uczy konia koncentracji na zadaniach.
Uchodzisz za zwolenniczkę tzw. szkoły technicznej i często podkreślasz, że sukces w WKKW zaczyna się na czworoboku. Czy w Polsce wciąż zbyt często promuje się jeźdźców za ich odwagę na krosie, przymykając oko na braki w ujeżdżeniu i przez to mają oni trudności z ukończeniem najtrudniejszych krosów na świecie?
Myślę, że każda dyscyplina jest bardzo ważna i na koniec wygrywają konie i zawodnicy, którzy są po prostu we wszystkim dobrzy. Ja osobiście uważam, że najbezpieczniejsze i najbardziej pożądane jest mieć konia bardzo dobrego w krosie i na parkurze, bo ujeżdżenie zawsze uda się w jakimś stopniu dopracować i polepszyć, a jak koń ma problemy w krosie lub później zrobi kilka zrzutek na parkurze to niestety ciężko o dobry finalny wynik, szczególnie na najwyższym poziomie.
Treningi u boku takiej mistrzyni jak Sandra Auffarth to bezcenne doświadczenie. Gdybyś mogła przenieść jeden, najważniejszy element niemieckiego systemu szkolenia na nasz grunt, co Twoim zdaniem mogłoby najbardziej pomóc polskim zawodnikom w drodze do światowej czołówki?
Zdecydowanie Sandra jest moją idolką i wzorem do naśladowania
Bardzo dużo mnie nauczyła i pomogła. Pamiętam, że jak przyjechałam do Niemiec w końcu poczułam, że ta jazda konna to nie jest jakaś czarna magia. Na każdy typ konia stosuję się jasne schematy szkolenia, inne ćwiczenia, nie musiałam metodą prób czy błędów sprawdzać i szukać rozwiązań, na każde pytanie miałam konkretną odpowiedź. System pracy w stajni i z końmi był dla każdego znany, zasad przestrzegał każdy bez wyjątków. Myślę, że najważniejsze są jasne reguły i możliwość przedyskutowania problemów. Rozwój też ułatwiał fakt, że mieliśmy bardzo dużo możliwości treningów wyjazdowych. Tego trochę mi brakuje w Polsce, szczególnie jeżeli chodzi o krosy, głównie dla młodych koni.
Zeszły rok przyniósł duże zmiany w Twoim sztabie szkoleniowym. Po zmianie trenera jesteś w procesie budowania czegoś nowego. Co w takich momentach daje Ci największą motywację do codziennej pracy?
To jest trudny temat, przez ostatnie lata dosyć mocno ucierpiała moja psychika i motywacja, z uwagi na fakt jak wiele razy zostałam potraktowana przez trenera, który podobno mnie nie lubił i dlatego nie brał mnie pod uwagę na najważniejsze imprezy.
Jeżdżę konno nie dla wyników czy pucharów, jeżdżę, bo lubię konie i sprawia mi to przyjemność. Jako sportowiec zawsze dawałam z siebie 100%. Zmiana trenera dała mi dużego tzw. kopa motywacyjnego i miałam świetny sezon, co pokazały wyniki (1. miejsce w rankingu PZJ). Optymizmem napawa fakt, że z nowym trenerem dobrze się dogadujemy i po każdym starcie rozmawiamy co zrobić, aby było lepiej i to zdecydowanie motywuje do pracy.
Jesteś zwolenniczką pracy partnerskiej i udowodniłaś swoimi sukcesami m.in. Mistrzostwem Polski 2016 w jeździe bez ogłowia, że wierzysz w porozumienie z koniem wykraczające poza standardowe elementy. Jak to unikalne zaufanie przekłada się na ekstremalne wyzwania w krosie?
Na Mistrzostwach w jeździe bez ogłowia zapytano mnie, ile trenuje taką jazdę. Przygotowywałam się tydzień, myślę, że każdy mój koń potrafi chodzić bez ogłowia, bo są przyzwyczajone, że prowadzi się je dosiadem a nie rękami. Do tego dochodzi zaufanie i team spirit. W krosie jest bardzo ważne, aby być zgranym zespołem, czasami czekają nas niespodziewane sytuacje i raz ja muszę pomóc koniowi, a czasem to on musi nam pomóc, najważniejsze mieć wspólny cel i radość z tego co się robi.
Samodzielnie przygotowujesz swoje konie do najwyższych konkursów. Jak wygląda proces budowania wzajemnego zaufania, który jest kluczowy podczas trudnych prób terenowych?
Od dziecka jeździłam na wszystkim co dostałam, nie raz były to konie trudne, po przejściach. Nie pamiętam, żeby jakiś koń nie zaliczył progresu. Jestem osobą, która stawia pewne granice, ale nigdy nie zmuszam konia do robienia czegoś czego by nie chciał. Staram się stosować jasny system kar i nagród i na koniec mam partnera, który lubi to co robi i razem staramy się być coraz lepsi.
Nazywasz swoją klacz „księżniczką” i podkreślasz, że sukcesy nie byłyby możliwe bez jej waleczności. Jaka jest Fantastic Frieda na co dzień?
Frieda to wyjątkowy koń, nasza historia zaczęła się w Niemczech, kiedy to trafiła do mnie znaleziona przez tatę Sandry – Karla, jako pocieszenie za mojego ukochanego Uszka, który zachorował i totalnie oślepł. Od początku nie była łatwym koniem, była bardzo waleczna, gryzła, kopała nigdy nie chciała się podporządkować człowiekowi. Wyróżniała się za to skocznością i odwagą, ten koń jakby był zaprogramowany na skakanie wszystkiego co jest przed nim. Ciekawostką jest to, że nigdy nie odmówiła mi skoku. Dwa razy podczas całej kariery miałam wyłamanie na krosie i było to zawsze chwile po tym jak zgubiła podkowę i przestawała skręcać, po prostu nie wykręciłam w światło przeszkody. Razem przeżyłyśmy wiele, jestem wdzięczna za każdą lekcję i Puchar. Teraz Frieda powoli będzie kończyć karierę i mam nadzieję, że doczeka się potomstwa.
WKKW to „jeździecki triatlon”. Jak dbasz o kondycję fizyczną i psychiczną swoich koni po najbardziej wyczerpujących zawodach?
Po zawodach moje konie zawsze mają luźniejszy tydzień, wychodzą na padok, spacery, robimy zabiegi regeneracyjne, sprawdzam stan zdrowia z weterynarzem i osteopatą.
Start na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio był kamieniem milowym w karierze. Uzyskałaś również kwalifikację na Igrzyska w Paryżu 2024 z klaczą Fantastic Frieda. Który moment z tych wydarzeń najbardziej zapadł Tobie w pamięć?
Igrzyska to start, o którym marzy chyba każdy sportowiec, ja nigdy nie miałam takiego marzenia, zawsze chciałam rywalizować z najlepszymi na świecie więc po części moje marzenie się spełniło.
Wyjazd na Igrzyska przyniósł mi sporo zarówno pozytywnych jak i negatywnych doświadczeń
Sama impreza robi ogromne wrażenie, to coś wyjątkowego i życzę każdemu, żeby mógł to przeżyć. Nasze Igrzyska były dosyć specyficzne, z uwagi na COVID i wszystkie obostrzenia. Był to bardzo intensywny czas, przez miesiąc nie było mnie w domu, każdy kto prowadzi firmę związaną z końmi wie czym to smakuje. Ze swoich startów jestem zadowolona, oprócz tego, że został duży żal i niedosyt po tym jak Frieda w połowie krosu zgubiła podkowę, z którą od początku wyjazdu był problem. Zgubiona podkowa skutkowała już brakiem kontroli przy ostrych skrętach, jechałam do końca już trochę „walcząc o przetrwanie” co skończyło się niestety kontuzją Friedy i końcem naszej przygody w Tokio.
Po starcie w Tokio na koniu Fantastic Frieda (gdzie drużynowo zajęliście 13. miejsce), proces kwalifikacji do Paryża był inny. Co w Twoim systemie treningowym i mentalnym zmieniło się najbardziej podczas tego drugiego cyklu olimpijskiego?
Kwalifikacje były takie same, drużynowe miejsce dla Polski wywalczyli moi koledzy z kadry. Później każdy musiał uzyskać kwalifikację indywidualną. 2024 rok był to chyba jeden z moich najlepszych sezonów w życiu z Friedą, zdobyłyśmy 3. miejsce w konkursie kwalifikacyjnym CCI4*-L na początku roku, później zostałyśmy powołane na Igrzyska jako druga para rezerwowa. Moje podejście było chłodne do tych Igrzysk, wiedziałam, że trener nie jest zainteresowany naszą parą. Pojechałam na zgrupowanie przed Paryżem, na którym pierwszego dnia mój koń się podbił i zostałam odesłana do Polski, gdzie zdiagnozowano lekkie podbicie i w sumie dwa dni po Igrzyskach wystartowałam już w zawodach rangi 4* zajmując 9 miejsce. A przysłowiową wisienką na torcie było zdobycie miesiąc później Mistrzostwa Polski. Sezon 2024 zakończyłam w dobrej kondycji i zdrowiu, pozostaje niedosyt, że pewne kwestie nie zostały wyjaśnione, ale nastąpiły zmiany, które mam nadzieję przyniosą efekty w przyszłości.
Złoty medal Mistrzostw Polski Seniorów wywalczony w 2024 r. w Strzegomiu na klaczy Fantastic Frieda to ukoronowanie Waszej wspólnej, wieloletniej drogi. Co czułaś, stojąc na najwyższym stopniu podium przed własną publicznością, wiedząc, jak wiele pracy włożyłaś w przygotowanie tego konkretnego konia?
To był szczególny moment, razem z Friedą udało mi się zdobyć dwa razy srebro i raz brąz Mistrzostw Polski. Złoto wydawało się nieosiągalne z uwagi na temperament Friedy podczas próby ujeżdżenia, trudny kros i parkur dawały mi większe szanse na dobry wynik. Można by powiedzieć, że dla takich chwil warto żyć, to była trudna droga, ale bardzo edukacyjna, Frieda dała mi ogromne doświadczenie i nie bałam się nigdy żadnego krosu, bo wiedziałam, że przeskoczy wszystko.
Prowadzisz Klub sportowy. Jaką najważniejszą zasadę starasz się wpoić swoim uczniom, by ich rozwój był bezpieczny dla konia, a jednocześnie nastawiony na sukcesy sportowe?
Prowadzę Klub sportowy, który jest jednym z najlepszych w Polsce, jeżeli chodzi o WKKW.
Praca z młodzieżą jest trudna i wymaga specjalnego podejścia. Często większą rolę odgrywa przygotowanie mentalne niż fizyczne, tak więc zdarza się, że zamieniam się w psychologa, co nie jest łatwą pracą. Moim głównym celem jest pokazanie zawodnikom, że jazda konna jest wyjątkowa, ale też wymaga wielu poświęceń, cierpliwości. Nie zawsze się wygrywa, trzeba stworzyć team ze swoim partnerem kształcić się całe życie i mieć dużo pokory.












