
Politechnika jako wybór studiów była trochę z rozsądku. Wiecie Państwo „konkretny zawód”, „zawsze znajdziesz pracę” i „nie będziesz kopać rowów”. Korporacja natomiast była już z marzenia. Marzenia w wersji milenialskiej: bycie boss lady, kawa na wynos, ważne maile wysyłane po angielsku i przekonanie, że jak ogarniesz excela, to ogarniesz życie. A potem pojawiły się konie w formie zawodowej… I okazało się, że to, co miało być zupełnie innym światem, tak do końca nim nie jest.
Koń, podobnie jak każdy projekt, który ma sens, nie znosi chaosu, nerwowych decyzji i gaszenia pożarów na oślep. Za to bardzo dobrze reaguje na konsekwencję, logikę i spokojne zarządzanie procesem. Tego akurat politechnika i korporacja nauczyły mnie całkiem nieźle.
Jedną z takich zasad jest jedna zmiana na raz. W świecie korporacyjnym nazywa się to często Kaizen – ciągłym doskonaleniem poprzez małe, kontrolowane kroki. W świecie koni ta zasada bywa notorycznie ignorowana. Koń zaczyna źle reagować na wędzidło? Świetnie. To w jeden dzień umówmy weterynarza, osteopatę, fizjoterapeutę, saddle fittera, bridle fittera i najlepiej jeszcze zmieńmy paszę, stajnię i system treningu. A potem nie mamy pojęcia, co faktycznie zadziałało.
Jeśli nie działa to idź dalej. Jeśli działa – ucz się z tego. Bez tej nauki kręcimy się w kółko, gasząc pożary zamiast rozumieć, skąd się biorą. I tu dochodzimy do kolejnej, mniej wygodnej prawdy: gorsze dni i przeszkody są częścią procesu. To nie jest znak, że wszystko robimy źle. To informacja i szereg danych oraz feedback. Kolejna zasada, którą konsekwentnie stosuję w pracy z końmi i której uczę klientów, to małe kroki zamiast wielkich rewolucji. W treningu to widać jak na dłoni. Koń, który ma problem z równowagą czy rozluźnieniem, nie potrzebuje „przełomu” w jednym treningu. Potrzebuje tygodni drobnych, często mało spektakularnych progresów. Jednego lepszego przejścia. Dwóch kroków więcej w stabilnym rytmie. Jednego treningu, po którym schodzimy z placu z myślą: „To było odrobinę lepiej niż wczoraj”. Paradoksalnie to właśnie te nudne, małe zmiany budują trwałe efekty. Wielkie rewolucje są efektowne, ale rzadko efektywne. I często kosztują więcej frustracji niż pożytku.
Praca i życie z końmi to nie jest plan pięcioletni ani historia sukcesu do opowiedzenia na LinkedInie.
To raczej długoterminowy kontrakt na rozwój osobisty, test cierpliwości i nieustanne sprawdzanie, czy naprawdę umiesz oddychać, kiedy nic nie idzie zgodnie z planem. Trzeba to lubić. A czasem nawet bardzo lubić, bo są dni, kiedy zamiast progresu masz ochotę rzucić wszystko. I może właśnie dlatego to działa. Bo uczysz się, że rozwój nie musi być głośny, szybki ani efektowny. Czasem wystarczy jedna dobra decyzja, jeden mały krok i zgoda na to, że nie wszystko musi wyglądać jak sukces. Ani w stajni, ani w życiu.
A ja poza tym co powyższe wyniosłam z tamtej drogi zawodowej i czasu to świadomość, że raz obrana ścieżka nie jest wyrokiem do końca życia, że można zmieniać kierunek, zabierać ze sobą narzędzia i używać ich w zupełnie nowym kontekście.











