
Długo zastanawiałam się, o czym chciałabym opowiedzieć. Tematów nie brakuje, natomiast jeden wraca do mnie wyjątkowo często. To cienka granica między rządzeniem a zarządzaniem. Granica pozornie niewielka, a w rzeczywistości decyduje o tym, jak funkcjonuje każda organizacja. W pierwszej kolejności chciałabym się cofnąć o kilka lat – do chwili, gdy obejmowałam funkcję prezesa WZJ. Z tamtego czasu nie pamiętam już wszystkich planów, które sobie wtedy układałam. Nie wracam myślami do listy obietnic ani postanowień. Pamiętam natomiast ludzi. Ich słowa, gesty i sytuacje, które z pozoru wydawały się błahe, a dziś wiem, że w dużej mierze ukształtowały moje spojrzenie na rolę prezesa.
Jednym z pierwszych zaskoczeń było określenie: „Wy, Zarząd”. Niewinne? Być może. Dla mnie jednak oznaczało coś więcej. Brzmiało tak, jakbym z dnia na dzień przestała być częścią środowiska, z którym byłam związana od lat. Jakbym nagle znalazła się po drugiej stronie niewidzialnej barykady. A przecież nadal byłam tą samą osobą – z tym samym doświadczeniem, tymi samymi znajomościami i tą samą pasją do jeździectwa. Pojawiały się również głosy malkontentów w stylu: „Ciekawe, jak Wy teraz będziecie rządzić…” Nie było w nich ciekawości ani życzliwości. Było oczekiwanie na potknięcie i gotowość do podsumowującego „a nie mówiłem”. Na szczęście pojawiały się również rozmowy, które zostawały w pamięci z zupełnie innych powodów. Jedną z nich odbyłam z właścicielem bardzo dobrze prosperującego śląskiego ośrodka jeździeckiego, który z powodzeniem prowadził swoje córki sportową drogą m.in. do medali mistrzostw Polski. Powiedział zdanie, którego nie zapomnę: „Powinniśmy się zastanowić nie nad tym, co Związek może zrobić dla nas, ale co my możemy zrobić dla Związku.” To była zupełnie inna perspektywa. Jeżeli środowisko może zrobić coś dla Zarządu, to znaczy, że Zarząd nie jest „nimi”, a środowisko „nami”. Oznacza to partnerstwo. Wspólną odpowiedzialność. Wspólny kierunek.
Był jeszcze jeden moment…
Na pierwszym posiedzeniu nowo wybranego Zarządu jeden z jego członków – prezes zasłużonego śląskiego klubu z wieloletnią tradycją, wybitny zawodnik i szkoleniowiec – zaproponował, abyśmy zwracali się do siebie po imieniu. Niby drobiazg. A jednak ten drobiazg natychmiast skrócił dystans. Przestaliśmy być funkcjami. Staliśmy się zespołem ludzi, których połączył wspólny cel. Z perspektywy czasu widzę, że wszystkie te sytuacje prowadziły do jednego wniosku.
Rządzenie zakłada podział. Są ci, którzy decydują, i ci, którzy mają się podporządkować. Zarządzanie natomiast opiera się na współpracy. Na słuchaniu, rozmowie, wzajemnym wsparciu i odpowiedzialności.
Oczywiście decyzje nadal trzeba podejmować, ale zupełnie inaczej podejmuje się je wtedy, gdy ludzie czują, że są współtwórcami organizacji, a nie jedynie odbiorcami jej działań. Od tamtych wydarzeń minęło już prawie dziesięć lat. Czy Śląski Związek Jeździecki jest dziś rządzony, czy zarządzany? Pozostawiam miejsce na odpowiedź…Ja mogę jedynie powiedzieć, że widzę Związek jako społeczność ludzi patrzących w tym samym kierunku. Ludzi, którzy potrafią ze sobą rozmawiać, różnić się, dyskutować, ale przede wszystkim współpracować. Oczywiście nie oznacza to świata pozbawionego problemów. Takiego świata nie ma. Każda organizacja przeżywa lepsze i trudniejsze chwile. Różnicę robi jednak sposób, w jaki reagujemy. Być może pomaga nam w tym sama natura naszego sportu. Jeździectwo uczy uważności. Koń nie komunikuje się słowami. Trzeba nauczyć się dostrzegać jego subtelne sygnały, odczytywać emocje, reagować z wyczuciem. Te umiejętności przenosimy później również do relacji międzyludzkich. Empatia, cierpliwość i wzajemny szacunek nie są w naszym środowisku pustymi hasłami. Są codzienną praktyką. Dlatego, kiedy dziś myślę o tych wszystkich latach pracy w Związku, jestem przekonana, że znacznie bliżej mi do zarządzania niż do rządzenia. Bo zarządzanie nie polega na sprawowaniu władzy. Polega na budowaniu relacji. A jeśli ma się szczęście pracować z ludźmi, z którymi można wspólnie realizować cele, wspierać się i ufać sobie nawzajem, to ma się również poczucie, że naprawdę jest z kim „konie kraść”.
A o tych „skradzionych koniach”, czyli o wspólnie osiągniętych celach i sukcesach w następnym felietonie.








